Wszystkie fotografie oraz filmy stanowią własność autora. Kopiowanie i rozpowszechnianie fotografii oraz filmów bez jego zgody jest zabronione. Copyright by Darek Siatkowski. All rights reserved.
Grejs Dżons w radio na Helu
Frantic jestem na końcu świata
W barze rybnym Kotwica
nie zjadłem ani jednej ryby bo już nie żyły
Czekam na wracających z morza, ale dziś niedziela
Więc zrobiłem zdjęcie modelce na ścianie
Kobieta osiem metrów na cztery w bikini
Uśmiechała się do mnie
Tuż za wrakiem kutra
W listopadzie w bikini.
Na brzegu nie znalazłem ani jednego zrozpaczonego wieloryba
Choć podobno sezon, a na zapleczu baru słyszałem ich śpiew
"Świat należy sądzić nie po jego najlepszych cechach - w przeciwnym razie faszyzm byłby renesansem techniki, szybkimi samolotami i potężnymi silnikami, a nie kominami obozów koncentracyjnych i mydłem z ludzkiego tłuszczu"
"Kiedyś
zapytali starego Cygana, dlaczego Cyganie nie mają własnego państwa. 'Gdyby państwo było czymś dobrym , Cyganie pewnie też by je mieli'.
Tak odpowiedział."
Str.264
"Zaraz potem zaczęło się miasteczko i ten rozdupczony w drobne chujki industrial w dolinie Hornadu po prawej.
Rdza, nędza martwego metalu i rozpacz podupadłej technologii."
"Jechałem konno poprzez góry, nocą.
Jechałem przez przełęcz.
Było zimno, na ziemi leżał śnieg...
On minął mnie i pojechał dalej, nic nie powiedział, po prostu pojechał.
Był owinięty kocem i jechał ze zwieszoną głową.
Gdy mnie mijał, zobaczyłem, że wiózł ogień w rogu,
tak jak ludzie dawniej robili nocą,
i widziałem ten róg w blasku z jego środka, jakby blask księżyca.
I we śnie wiedziałem, że jedzie naprzód,
żeby gdzieś tam rozpalić ogień, w tym mroku, w tym zimnie.
Wiedziałem, że nieważne kiedy tam dotrę, on tam będzie.
I obudziłem się."
Co powiedzieć o Cahul? Z Cahul jest parę kilometrow do rumunskiej granicy (...)
w Cahul (...) było widać tę graniczną bliskość.
Jeździły auta z dudniącym basem i w knajpach na powietrzu wygrzewali się smutni królowie życia.
Wybrać życie, pracę, sławę, rodzinę, zajebisty telewizor... pralkę, samochód, kompakt i otwieracz do puszek. Wybrać zdrowie, zdrowe żarcie, ubezpieczenie, kredyt o stałym oprocentowaniu. Dom, przyjaciół. Dres, torbę sportowa garnitur z bogatej oferty. Samodzielność, by się dręczyć kim ty, kurwa, jesteś ? Wybrać kapcie, gazetę, telewizor, niejadalne żarcie. I tak zdechniesz w zasranym wyrze zostawiając smród, który wąchać będą twoje pojebane bachory. Wybrać przyszłość, życie.
Po kiego wała?
Wybrałem coś innego. Czemu?
Tak sobie. Póki mam herę, nieważne.
................................................
................................................
Dlaczego to zrobiłem? Mam milion odpowiedzi. Niestety fałszywych. A poważnie, to jestem złym człowiekiem. Muszę się zmienić.
Więcej czegoś takiego nie zrobię. Sprzątam po sobie i w drogę. Wybieram życie. Nie mogę się już doczekać. Będę jak inni. Praca, rodzina, zajebisty TV,|pralka, samochód, kompakt, otwieracz do puszek, dobre zdrowie, dobre żarcie, ubezpieczenie, kredyt, dom, sportowy ubiór i torba garnitury, samodzielność, teleturnieje, niejadalne żarcie dzieci, spacery, etat, golf, czysty wóz, szafa swetrów. Święta z rodziną, emerytura, zwolnienie podatkowe, pogodna starość i życie... aż do śmierci."
trainspotting
reżyseria: Danny Boyle
scenariusz: John Hodge
"Społeczeństwo wymyśla przewrotny ersatz logiki, żeby wchłonąć i
zmienić ludzi, których zachowanie odbiega od normy. Przypuśćmy, że znam
wszystkie za i przeciw, że wiem, że będę żył krótko, że jestem zdrowy
na umyśle itp. itp.., a mimo to chce brać dalej. Nie pozwolą mi.
Nie
pozwolą dlatego, że jest to doskonale widoczna oznaka ich porażki.
Według nich to niemożliwe, żeby ktoś chciał ot tak, po prostu odrzucić
wszytko, co mają do zaoferowania. Wybierz na. Wybierz życie. Wybierz
spłacanie hipoteki; wybierz pralki; wybierz samochody; wybierz
siedzenie przed rozmiękczającymi umysł teleturniejami; wybierz
wpychanie do ryja śmieci w barach. Wybierz gnicie, lanie i sranie po
sobie w domu, jebany wstyd dla samolubnych popierdoleńców, którychś
spłodził. Wybierz życie.
No cóż, decyduje się nie wybierać życia."
Marysia chciała być drzewem
tati, mówiła, przytul mnie
i nie krzycz
Ja krzyczałem
jak wiatr przed burzą
bałem się bardziej niż dziecko
że zrani się źrenica
albo upadnie drzewo.
Postanowiłem być zimną wodą
i stało się
wypełniam omszałe wgłębienia
przytulam się do drogi
oddycham cieniem albo nocą
ale zapomniałem się uśmiechać
zapomniałem widzieć jasno
i stałem się nadrzeczną mgłą.
Teraz żeby poczuć zapach muszę słyszeć
kroki na trawie, szelest kropel
ujadanie nocą psów
jakiś hałas nad ranem
brzeg otuli, sitowie pogłaszcze
wilgotny policzek, zimne dłonie
płyń, płyń wodo siostro
idź, idź piasku bracie
obracaj się drogo
zawiruj na skrzyżowaniach dwupasmowych
w poprzek dolin i gór plastikowych butelek
po napojach zero cukru zero lęku
płynne nadzieje, wieczna troska
zwieszająca się z mostów
na których popołudniami stają dzieci
i zakładają się o czipsy kto dalej splunie do rzeki
potem zaś zabierają swoje drzewa i
machając gałęziami odchodzą od brzegu
gdzie nagle bezdzietna cisza
Istnieje klasa mlodych,
silnych mężczyzn i kobiet, którzy chcieliby poświęcić życie jakiemuś celowi.
Reklama sprawia, że ci ludzie uganiają się za samochodami i ciuchami, których nie potrzebują.
Całe pokolenia wykonywały znienawidzoną pracę po to, żeby móc kupić rzeczy, które nie są im naprawdę potrzebne.
Nasze pokolenie nie miało swojej wielkiej wojny ani wielkiego kryzysu, ale mamy swoją wielką wojnę ducha.
Mamy wielką rewolucję przeciwko kulturze. Mamy wielki kryzys w naszym życiu. Przeżywamy kryzys duchowy''
Chciałem spalić Luwr.
Rozwaliłbym greckie rzeźby młotem kowalskim i podtarł się Moną Lisą.
To jest mój świat, teraz. To jest mój świat, mój świat, a ci starożytni ludzie nie żyją''
Syn boga rzeki
zostawił zapłakane echo
teraz stoi samotnie na oknie
w tanim wazonie z białego szkła
setne wcielenie i nie zazna spokoju
zwiędłej ciszy ani ukojenia
co wiosnę wstaje z martwych
unosi głowę i tańczy nieruchomo
na weselu tuż przy murze lub płocie
czasami przed wieczorem
niewinny policzek przytuli go do siebie
zapatrzy się na zachód może na południe
i nie pamięta o złowróżbnym odbiciu w wodzie
ani śródnocnej burzy wdeptującej w mokrą ziemię
czy nie
masz wrażenia że
świat nam podupadł na zdrowiu?
tu podkasłuje a w innych
kilku miejscach krwawi
pewnie przypuszczasz że Bóg
musiał o nas zapomnieć
bo jak w swej dobroci
mógłby na to przyzwolić
on jest nie winny
to wszystko przeze mnie
Bóg jest niewinny on tylko
wciąż bywa zajęty
ja jestem łajzą i kiepsko
radzę sobie z życiem
bez przerwy wydzwaniam
pod jego prywatny numer
błagając o zdrowie bogactwo
miłość i sławę jakby był
moją prywatną złotą rybką
Nocami
myślę o moim fortepianie w jego morskim grobie. I czasem o sobie, unoszonej nad nim. Tam wszystko jest takie nieruchome i ciche, że kołysze mnie do snu.
Wreszcie
odsłoniła się kruchość wszystkiego.
Zadawnione problemy rozsądzone przez nicość i noc.
Wraz z ostatnim egzemplarzem odchodzi cała kategoria rzeczy.
Znika, gasi za sobą światło. Popatrz dokoła. Nigdy to bardzo długo.
Lecz chłopiec wiedział to, co wiedział mężczyzna. Że nigdy to wcale.
Nie jesteś pięknym
i unikalnym płatkiem śniegu.
Jesteś tą samą gnijącą materią organiczną jak wszystko inne.
Wszyscy jesteśmy częścią tej samej kupy gnoju.
Jesteśmy roztańczonym, rozśpiewanym gównem tego świata.
Nie jesteś swoim kontem bankowym,
Nie jesteś ubraniami które nosisz,
Nie jesteś zawartością swojego portfela,
Nie jesteś swoim rakiem jelita,
Nie jesteś swoim espresso z lodem,
Nie jesteś samochodem który prowadzisz,
Nie jesteś swoimi pierdolonymi spodniami moro."
wylinka skóry dłoni nie jest dowodem
zmęczone powieki nie są zniechęceniem
poranny ból pleców nie jest
tak, nie jest niczym innym tylko reliefowym bólem
szukaj głębi w płaskim krajobrazie
wyobraźnia nie jest wróżką
za następnym rogiem
najbardziej z ruchliwych ulic twojego miasta
kopnie cię słoń, usiądzie wielka ważka
zebra ożywi czarno białą fotografię
naturalnie analogową
czule wspartą na związkach światłoczułych
srebra, złota i kursów walut
zziębnięta Frida zdjęła maskę
płacze na krawężniku
ulica skończyła swój asfaltowo węglowodorowy bieg
i miasto urodziło nowotwór - polną drogę do kościoła tuż pod lasem
pomimo lutego i marca
minus osiem i szron
na okularach
i para
i szron
cierpka fala uderzyła cię w plecy
to chyba wreszcie potop
miał być o szóstej czterdzieści dwie
przybył dwie minuty później
i pcha cię do arki - autobusu numer siedemnaście
a może siedemnaście koma pięć
który śnięty płynie
do pierwszej rafy
lodowej góry
klifu, miny przeciwautobusowej
czegokolwiek by go zatrzymać
o godzinie
minus szóstej czterdzieści pięć
Trudno jest mi wierzyć w ciebie
Lecz jakąż straszniejszą wielekroć rzeczą
Byłoby stać nagim i opuszczonym
Myślę – zawsze tak było
I będzie, i tylko bronię się
Nieśmiałą próbą wiary. Niewidzialnym buntem wobec smyczy wolności
Proszę zwiąż mnie i zaknebluj świadomość
Zepchnij z grzbietu mostu, który jest jakimś
fałszywym ominięciem rzeczywistości.
Nazbyt prostym rozwiązaniem
Przymknięciem oczu na fakt.
Nie wiem, po co tu jestem
Ani jak tu przyszedłem
I kto zdarł ze mnie ubranie
I dlaczego krzyczę
gdybym nie byl już rybą piałbym jak wieloryb
stojąc w zimnej wodzie
po brzuch po piersi
szal z trawy futro ze śniegu
albo piany
ale przestałem być nawet ludzki
nie żywię się zwierzętami
nie odżywiam komórek
ku pokrzepieniu serca i ducha świętego
witam dzień dobry
noc dobra
niech się śni
niech
bo leżę na brzegu i się duszę
zimnym powietrzem zapachem morza
umieram i dobrze
tuż po 15:30, na skrzyżowaniu, wracając do domu
po uratowaniu świata jakąś pilną międzynarodową
rozmową telefoniczną
przychodzi do ciebie siostra której nigdy nie miałeś
matka twojej matki po której śmierci tak rozpaczliwie płakałes
ojciec przyjaciela gdy udawałeś smutek bo tak wypadało
twój drugi ojciec
przychodzisz ty
niby lustro niby odbicie w wodzie
czujesz chłód wilgoć otulenie wtopienie
i znikasz w swoich snach
arabska wyblakła piosenka Paula Klee
otuliła szczelnie przed podróżą do Essaouiry
piach pod powieką płatek śniegu na języku
otwierasz drzwi i policzkuje cię słońce
oprzyj się na morzu
rozłóż ramiona unieś ciało nad klif
chwyć się czerwonego drzewa
mogłeś urodzić się wszędzie